Manchester City został uznany za winnego zawyżania przychodów i przekraczania limitów finansowych — według ustaleń chodzi o około 900 mln funtów w okresie dziewięciu lat, od 2000 do 2018 roku. Klub z Manchesteru odwołał się od werdyktu i wciąż utrzymuje, że jest niewinny.

Niezależna komisja nie wskazała, które kluby zostały poszkodowane. Zrobiły to jednak same zainteresowane strony: Tottenham, Arsenal, Liverpool i Manchester United zarezerwowały sobie prawo do domagania się odszkodowania, gdyby City usłyszało wyrok skazujący.

120 mln funtów utraconych wpływów

Sprawa dotyczy Spurs bezpośrednio, bo to właśnie w tamtym okresie klub z północnego Londynu toczył z City powtarzający się bój o miejsce w czołowej czwórce — w 2010 roku wyprzedził rywala i wskoczył na czwartą pozycję. W czterech z dziewięciu rozpatrywanych sezonów Tottenhamowi zabrakło jednego miejsca do awansu do Ligi Mistrzów.

Stąd argumentacja, że obecność City w tabeli kosztowała Spurs co najmniej 120 mln funtów utraconych wpływów z Ligi Mistrzów. Wcześniejsze doniesienia mówiły nawet o roszczeniu rzędu około 200 mln funtów. Klub nie skomentował, jaki będzie jego kolejny krok, jeśli wyrok się utrzyma.

Bez Levy'ego sprawa wygląda inaczej

Kluczowa jest zmiana w zarządzie. To Daniel Levy kierował klubem, gdy Tottenham zastrzegał sobie prawo do pozwu, a według źródeł były przewodniczący — konsekwentnie szukający sposobów na poprawę pozycji finansowej klubu — z przyjemnością przystąpiłby do takiego starcia. 64-latka nie ma już jednak w Tottenhamie i nie wiadomo, jak agresywnie klub poprowadzi sprawę.

Wątpliwości budzi też to, czy Spurs w ogóle mają na to apetyt. Kilka dni temu pojawiły się informacje, że Tottenham i pozostałe kluby Premier League były zaskoczone twardą postawą City po orzeczeniu w sprawie 114 zarzutów. Prawna batalia może ciągnąć się latami.

Ludzie z City w strukturach klubu

Jest jeszcze jeden wątek, który komplikuje obraz. W ostatnich latach Tottenham zatrudnił kilku pracowników wywodzących się z City Football Group — między innymi Scotta Munna, Simona Daviesa oraz Ryana Norysa, odpowiedzialnego za przychody klubu.

Na razie nic nie jest przesądzone. Dopóki apelacja City nie zostanie rozstrzygnięta, żaden z czterech klubów nie musi deklarować, czy skorzysta z zarezerwowanego prawa do roszczeń.