Brighton: 26 Sanchez, 3 White, 5 Dunk, 4 Webster, 34 Veltman, 13 Gross, 8 Bissouma, 10 Mac Allister, 20 March, 9 Maupay , 11 Trossard.

Substitutes: 7 Connolly (s 79'), 14 Lallana (s 79'), 15 Moder, 17 Alzate, 19 Izquierdo, 22 Tau, 29 Zeqiri, 31 Walton, 33 Burn (s 72').

Spurs: 1 Lloris, 6 Sanchez, 4 Alderweireld , 14 Rodon, 17 Sissoko, 28 Ndombele, 5 Hojbjerg, 33 Davies, 9 Bale, 7 Son, 23 Bergwijn.

Substitutes: 2 Doherty, 8 Winks, 11 Lamela (s 74'), 12 Hart, 15 Dier, 25 Tanganga, 27 Lucas Moura (s 61'), 45 Vinicius (s 46'), 54 Devine.

Mecz z Brighton w niedzielny wieczór miał być dla fanów Spurs zwieńczeniem weekendu. Niestety zamiast zastrzyku endorfin, kibice Tottenhamu wejdą w nowy tydzień w grobowych nastrojach.

Porażka z Liverpoolem była przełamaniem zespołu Kloppa, które nastąpiło akurat w meczu z Spurs. W 21 kolejce kolejną drużyną, której gracze Spurs pomogli się przełamać był zespół Mew. Zwycięstwo to było pierwszym odniesionym na własnym boisku przez piłkarzy Pottera w tym sezonie.

Mourinho nie mógł skorzystać z kontuzjowanego w meczu z Liverpoolem Kane’a. Jego miejsce w  trójce napastników zajął Gareth Bale. Drużyna nie zmieniła ustawienia startowego w porównaniu z czwartkowym meczem. W kadrze nie znalazł się oczywiście Serge Aurier, który obrażony na Jose Mourinho opuścił Tottenham Hotspur Stadium, po zmianie w przerwie. W składzie pojawił się 16 letni Alfie Devine, który zdążył pokazać się kibicom w meczach pucharowych w tym roku.

Drugi raz z rzędu miejsce w pierwszym składzie wywalczył Joe Rodon. Był to trzeci mecz Walijczyka od pierwszej minuty w Premier League. Rolę wahadłowych (w pierwszej połowie) spełniali dość statyczny Davies i przyzwyczajany ostatnio do prawej linii boiska Moussa Sissoko.

Od pierwszego gwizdka widać było apatię w szeregach gości, którzy oddali w pełni inicjatywę zawodnikom Brighton. Ekipa z południa Anglii w piłkę grać potrafi i udowadniała to już nie raz. Tym razem warunki sprzyjały takiej grze, ponieważ Tottenham optycznie wyglądał tragicznie. Zepchnięci do defensywy, nieporadni w ataku – tak w skrócie można nazwać grę Spurs w pierwszej połowie. Pierwszy strzał (Bergwijn) padł w 30 minucie.

W między czasie zespół Jakuba Modera (Polak po raz kolejny zasiadł na ławce) zdążył wyjść na prowadzenie za sprawą świetnej akcji Pascala Grossa. Niemiecki pomocnik zagrał na klepkę z Alexisem MacAllisterem, uciekł Daviesowi i zagrał do Trossarda. Belg uprzedził starającego naprawić się błąd w kryciu Walijczyka i zdobył swojego pierwszego gola od września na boiskach Premier League.

Podobnie jak w meczu z Liverpoolem, Mourinho podziękował za grę Davidsonowi Sanchezowi już w przerwie i postawił na wariant ofensywny, wprowadzając Viniciusa. Ustawienie automatycznie zmieniło się na czterech obrońców.

Jak mawiał słynny strongman – „To by nic nie dało!”. I nie dało. Mourinho już w 61 minucie zdjął z boiska Garetha Bale’a, który był, ale tak jakby go nie było. Gdyby nie wybicie dążącego w kierunku bramki strzału Burna, można byłoby przeoczyć obecność na boisku walijskiego skrzydłowego. Jego miejsce zajął Moura. Okazji jak nie było przed zejściem Bale, tak nie było po wejściu Lucasa.

Swoje okazje tworzyli piłkarze Brighton. W sumie oddali 16 strzałów (przy 8 próbach zawodników Spurs). Najlepszą okazję na podwyższenie wyniku miał Aaron Connolly, jednak strzał do pustej bramki Irlandczyka zablokował ofiarną interwencją Alderweireld.

Poza parą stoperów, której nie ma co zarzucić (Rodon – Alderweireld), trudno znaleźć pozytywy w grze Spurs, niełatwo wyróżnić jednostki. Oglądanie Bergwijna i jego bezradności, mogłoby znaleźć się w zbiorze środków karnych. Irytującym jest również powtarzający się scenariusz wprowadzania do gry Lameli i Moury,  w nadziei na poprawę gry z przodu. Prawda jest taka, że to nigdy nie pomaga i oglądając niemrawe próby dryblingu zawodników z Ameryki Południowej można stracić cierpliwość. W tym sezonie nie dają zespołowi potrzebnej jakości z ławki. Ich wspólny dorobek z tego sezonu to 1 gol. Takie duo nie uratuje meczu.

Mourinho przyjął w ostatnich tygodniach łagodny ton wypowiedzi publicznych. Stwierdził, że nie może krytykować swoich zawodników za drugą połowę. Mi jednak bliżej do opinii Grahama Pottera, który stwierdził, że bardziej pachniało kolejną bramką dla gospodarzy niż wyrównaniem ze strony Tottenhamu.

Kolejny mecz we czwartek – derby Londynu z Chelsea, która pod wodzą nowego trenera nie straciła w pierwszych dwóch meczach bramki, notując 4 punkty. Na chwilę obie drużyny mają po 33 punkty. Będzie to ważna batalia w kontekście dalszej części sezonu i gry o puchary.

4 lutego wiele się wyjaśni, a mecz z Tuchelem będzie dla Mourinho jednym z poważniejszych sprawdzianów przed jakimi stanąć miał Portugalczyk w północnym Londynie.

Come on you Spurs!!!

Link do skrótu:

https://www.youtube.com/watch?v=jXeNdIvqcGs