Przez pierwsze czterdzieści pięć minut wszystko wskazywało na to, że opowieść o suchej serii Tottenhamu skończy się dziś szczęśliwie. Spurs pressowali wysoko, Aston Villa nie potrafiła wyjść z własnej połowy, gospodarze mieli siedem strzałów i blisko sześćdziesiąt procent piłki. Trybuny się bawiły. Tonali uderzał zza pola karnego, Savinho dośrodkowywał raz za razem.

A potem przyszła czwarta minuta doliczonego czasu pierwszej połowy i wszystko poszło w drugą stronę.

Johan Manzambi, debiutujący w wyjściowym składzie w Premier League, uderzył celnie. Villa zeszła do szatni z prowadzeniem, na które w całej połowie nie zapracowała, a Tottenham z dokładnie tym, co zbiera od pięciu tygodni: z niczym.

Trzy ciosy w trzydzieści cztery minuty

Druga połowa była egzekucją. W sześćdziesiątej siódmej minucie Villa wyprowadziła kontrę po długim podaniu, Manzambi obsłużył Nicolasa Jacksona, a ten spokojnie wykończył akcję. Dwanaście minut później John McGinn odegrał do Emiliano Buendii jakieś trzydzieści metrów od bramki, Argentyńczyk przymierzył i trafił w samo okienko.

Buendía robi to na tym stadionie nie pierwszy raz — w zeszłym sezonie jego uderzenie z dystansu też przesądziło o zwycięstwie Villi w północnym Londynie.

Przy 0:3 część kibiców Tottenhamu ruszyła do wyjść. Sektor gości śpiewał „Ole, Ole", a potem, pod adresem Roberta De Zerbiego, „Sacked in the morning". Włoch stał przy linii bocznej z miną człowieka, który dokładnie wie, co się właśnie dzieje.

Gol, na który czekali osiem godzin

W osiemdziesiątej szóstej minucie stało się. Mohammed Kudus wypracował sobie miejsce w polu karnym i podał do Conora Gallaghera, który dwie minuty wcześniej wszedł za Tonalego. Uderzenie nie było czyste, ale piłka wpadła do bramki.

Pierwszy ligowy gol Tottenhamu w tym sezonie. Po 493 minutach gry. Nikt nie świętował.

W ósmej minucie doliczonego czasu Andy Robertson dorzucił rzut wolny na dalszy słupek, a Jan-Paul van Hecke uderzył głową na 2:3. Efektowna końcówka, która niczego nie zmieniła poza bilansem bramkowym — i która, co gorsza dla gospodarzy, pokazała, że tę drużynę stać na dwa gole w cztery minuty, jeśli tylko przestanie myśleć.

Osiemnaście strzałów, osiem celnych, jedenaście rzutów rożnych, sześćdziesiąt trzy procent posiadania. Villa oddała czternaście strzałów i wykorzystała trzy z nich. Tak wygląda różnica między graniem a wygrywaniem.

Tabela nie kłamie

Tottenham po pięciu kolejkach ma dwa punkty, zero zwycięstw, trzy porażki i osiemnaste miejsce. Niżej są tylko Fulham i beznadziejnie zaczynające sezon Coventry.

Aston Villa Unaia Emery'ego wygrała pierwszy mecz ligowy w tym sezonie i wyszła na cztery punkty. Też nie jest to początek, o jakim marzyli w Birmingham, ale po dzisiejszym popołudniu mają przynajmniej coś, na czym można budować — i Buendię w formie, który wygrywa mecze sam z siebie.

Pytanie, które od tygodnia wisiało nad Hotspur Way, przestało być teoretyczne. Śpiewali je dziś głośno kibice gości, a dwa gole strzelone po 86. minucie przy stanie 0:3 raczej ich nie uciszą.

Bramki: Manzambi 45+4', Jackson 67', Buendía 79' – Gallagher 86', van Hecke 90+8'

Tottenham: Kinsky – Porro, van Hecke, van de Ven, Robertson – Bentancur, Tonali – Savinho, Mateus Fernandes, Marmoush – Solanke

Aston Villa: Suzuki – Wan-Bissaka, Lindelöf, Mings, Ruggeri – Kamara, João Gomes – McGinn, Buendía, Manzambi – Jackson