Tottenham nie potrafi w tym sezonie grać na wyjazdach. Jak do tej pory na obcym terenie wygraliśmy zaledwie 4 razy, zdobywając ogólnie oszałamiającą liczbę 15 punktów w sezonie. Nie inaczej było dzisiaj na Goodison Park. "Koguty", które wciąż walczą o miejsce gwarantujące występ w przyszłorocznej Lidze Europejskiej zaledwie bezbramkowo zremisowały z miejscowym Evertonem.
Nudne spotkania mają to do siebie, że są nudne, a o wyniku najczęściej decyduje przypadek. Dzisiaj nawet on nie zawitał do Liverpoolu, jakby przewidując, że gracze obydwu drużyn stworzą słaby spektakl. Kto oglądał mecz ten doskonale wie o co mi chodzi. Dzisiejszego dnia dostaliśmy również odpowiedź jak groźny jest Tottenham bez Lennona. Okazuje się, że "Koguty" bez swojego czołowego zawodnika są bezbronne. Ewidentnie brakowało mi tych charakterystycznych szarpnięć prawą stroną. Alan Hutton starał się jak mógł dopóki nie opuściły go siły, kilkukrotnie "Aaronowo" wypuszczając sobie piłkę do przodu, jednak rzadko to on dobiegał do niej pierwszy. Grając tak jak dzisiaj marzenia o zawojowaniu Europy będziemy musieli przełożyć na następny rok.
Pierwsze kilka minut od rozpoczęcia gry było bardzo wyrównanych z lekkim wskazaniem na graczy gospodarzy, którzy troszkę lepiej radzili sobie na mokrej od rzęsiście padającego deszczu murawie. Manager Tottenhamu, Harry Redknapp wskutek absencji, kontuzji i zawieszeń musiał delikatnie pozmieniać swoją zwycięską "jedenastkę". Na prawym skrzydle Aarona Lennona zastąpił nominalny obrońca, Alan Hutton, natomiast na lewej stronie bloku defensywnego w miejsce Benoit Assou-Ekotto zawędrował Gareth Bale. Również linia ataku wyglądała z goła inaczej, gdyż w końcu od pierwszej minut ramię w ramię wybiegli Defoe i Keane, którym wymierzone z chirurgiczną precyzją podania dogrywać mieli grający na lewej pomocy Luka Modric i biegający bardziej w okolicach środka boiska - Tom Huddlestone. "Koguty" mimo tak wielu zmian w podstawowym składzie wyglądały na drużynę, która z Goodison Park zamierza wywieść trzy, jakże potrzebne w końcowym rozrachunku, punkty.
Pierwszą groźną sytuację stworzyliśmy sobie w 7 minucie. Piłkę w pole karne mocno zgrał Gareth Bale. Ta trafiła pod nogi Defoe, który natychmiast odegrał ją do niepilnowanego Robbie Keane'a. Niestety strzał Irlandczyka został zablokowany przez jednego z obrońców gości.
W 18 minucie blisko trafienia był Gareth Bale, który uderzał z rzutu wolnego. Futbolówka za pierwszym razem powędrowała jednak wysoko nad poprzeczką, lecz sędzia nakazał powtórzenie stałego fragmentu gry, gdyż z muru za wcześnie wybiegł Steven Piennar. Drugi strzał był zdecydowanie celniejszy, mimo to piłka i tym razem nie zatrzepotała w siatce.
W 22 minucie znów bliski był Keane, jednak jego strzał sprzed pola karnego po raz kolejny zablokował Joleon Lescott.
Everton do 30 minuty rzadko stwarzał sobie okazję do uderzenia na bramkę gości. Fakt faktem, dobrze wyszkoleni technicznie pomocnicy "The Toffees" nieźle rozgrywali piłkę przed naszym polem karnym, jednak nie wynikało z tego żadne, poważniejsze zagrożenie. Większość dośrodkowań wybijana była przez rosłych obrońców Tottenhamu, natomiast strzały najczęściej obijały łydki graczy Spurs. Gomes oprócz kilku piąstkowań i chwytów futbolówki, był praktycznie bezrobotny.
W 40 minucie dobrą sytuację miał Jo, któremu znakomitą, prostopadłą piłkę zagrał Piennar. Brazylijczyk położył już praktycznie na murawie Gomesa, ale do obrony, jak za najlepszych i najzdrowszych lat powrócił King, który zablokował strzał napastnika Evertonu. Chwilę później z 23 metrów uderzał Fellaini, jednak i tym razem niecelnie.
Pod koniec pierwszej połowy gospodarze zaczęli grać zdecydowanie lepiej, lecz oprócz kilku groźnie wyglądających, niecelnych strzałów tak naprawdę nie narazili Tottenham na stratę bramki. Grę prowadzili zawodnicy Spurs; do przerwy przez 58% czasu byli przy piłce, co gościom zdarza się niezwykle rzadko. Klarownych i wartych odnotowania sytuacji było mało, a gra w większości toczyła się w środkowej strefie boiska.
Druga połowa zaczęła się jeszcze gorzej niż pierwsza. Dopiero w 58 minucie byliśmy świadkami jakiejkolwiek składnej akcji, zakończonej niezłym strzałem. Do tego momentu Tottenham jak i Everton częściej popełniały niczym nie wymuszone błędy niż zachwycali publiczność zgromadzoną na Goodison Park. W w/w 58 minucie Tim Cahill zdecydował się na niesygnalizowany strzał, który na nasze szczęście minimalnie minął słupek bramki strzeżonej przez Gomesa. Kiedy na boisku mało się dzieje, właśnie takie akcje "z niczego" mogą przesądzić o końcowym rezultacie. Po naszej stronie najbardziej szwankowała komunikacja na linii bramkarz - Woodgate. Gdyby gracze Evertonu celniej strzelali, mogliby wykorzystać chociaż jeden z tych błędów.
W 64 minucie znowu zakotłowało się w naszym polu karnym. Heurelho Gomes zbyt krótko wypiąstkował dośrodkowaną piłkę, która trafiła pod nogi Cahilla. Na szczęście na drodze jego strzału znalazł się jeden z obrońców Tottenhamu, który bez wahania oddalił zagrożenie.
3 minuty później w znakomitej sytuacji znalazł się Dan Gosling, którego strzał zza pola karnego trafił w słupek. Po raz kolejny piłkę źle wypiąstkował Gomes, a błędy w kryciu (osamotniony zawodnik przed polem karnym!) mogły spowodować, że przegrywalibyśmy 1:0.
Po chwili odgryźć próbował się Jermain Defoe, lecz jego uderzenie o milimetry minęło bramkę Howarda. To była nasza najgroźniejsza sytuacja jaką sobie stworzyliśmy przez te 70 minut gry.
W 81 minucie zaskoczył Redknapp. Zdjął z boiska Modricia, zastępując go Romanem Pavlyuchenko. W tym momencie mieliśmy na placu gry trzech nominalnych napastników: dopiero co wprowadzonego Rosjanina i grających od początku Keane'a oraz Defoe. Myli się jednak ten, który sądzi, że Tottenham zaczął grać lepiej z przodu. Spurs w drugiej połowie sporadycznie zagrażali bramce Howarda, więc praktycznie do zera zmniejszyli swoje szanse na strzelenie gola dzisiejszego popołudnia.
Mijały kolejne minuty. Hutton praktycznie człapał po boisku, lecz manager Tottenhamu dalej nie zauważał potrzeby dokonania kolejnych korekt w składzie. Ta niechęć zmian, która wykształciła się u Redknappa denerwuje mnie coraz bardziej. Jeśli zespołowi nie idzie, a Spurs w drugiej połowie nie szło kompletnie, manager w moim mniemaniu powinien coś w składzie zmienić. Harry na przekór daje dograć do końca podstawowej jedenastce bardzo rzadko korzystając z instytucji zmiany. Szkoda to wielka, bo kto wie, czy siedzący na ławce zawodnicy nie zmieniliby obrazu gry?
Do końca spotkania wynik meczu nie uległ zmianie, bo i wartych odnotowania sytuacji było jak na lekarstwo. Ani Tottenham ani Everton nie były bliższe trafienia, stąd wynik 0:0 można uznać za najsprawiedliwszy. Kibice, którzy przyszli na Goodison Park odczuwają wielki niedosyt, natomiast ci, którzy woleli w te deszczowe popołudnie siedzieć w domu są prawdziwymi szczęściarzami.
Składy:
Tottenham: Gomes,- Corluka, Bale, King, Woodgate,- Hutton, Modric (81' Pavlyuchenko), Huddlestone, Jenas,- Keane, Defoe.
Everton: Howard,- Baines, Yobo, Lescott, Neville,- Gosling (69' Saha), Cahill, Rodwell, Pienaar, Fellaini,- Jo (69' Osman).
Żółte kartki:
Everton: 16' Lescott, 18' Pienaar
Tottenham: 55' Hutton, 83' Jenas, 90'+1 Pavlyuchenko,
Sędzia: Lee Mason
25 komentarzy ODŚWIEŻ