Liga Mistrzów: Tottenham wygrywa grupę śmierci i śmieje się ostatni. Co będzie dalej?

22 listopada 2017, 16:16, Paweł Słójkowski Spursmania
Liga Mistrzów: Tottenham wygrywa grupę śmierci i śmieje się ostatni. Co będzie dalej?

Zwycięstwo na Signal Iduna Park dało Tottenhamowi wygraną w najtrudniejszej z grup Ligi Mistrzów. Piłkarze Mauricio Pochettino zaimponowali kibicom, jednak czy stać ich na to, by na stałe dołączyć do światowej czołówki?

 

Blady strach, rezygnacja, rozczarowanie... Trudno dziwić się temu, że podobne emocje towarzyszyły kibicom Tottenhamu 24 sierpnia, kiedy rozlosowano grupy Ligi Mistrzów. Los nie był łaskawy, a większość ekspertów nie pozostawiała ekipie z północnego Londynu złudzeń.

Real Madryt i Borussia były faworytami do tego, by zapewnić sobie wyjście z grupy. Anglicy mieli zadowolić się Ligą Europy.

Obrońca trofeum, mistrz Hiszpanii i druga w ostatnich latach siła Bundesligi, która przyzwyczaiła kibiców do swojej obecności w elicie - krótko mówiąc, grupa śmierci, losowanie jak z koszmaru. W ubiegłym sezonie londyńczycy nie potrafili poradzić sobie ze znacznie łatwiejszymi rywalami - z Ligą Mistrzów pożegnali się przedwcześniej, nie dając rady Monaco, Bayerowi Leverkusen i CSKA Moskwa.

Kibice rywali szydzili, przewidywali bolesne zderzenie z potęgami, czekali na kompromitację. Trzy miesiące później śmieje się Tottenham. Po wtorkowej wygranej 2:1 z Borussią zespół Mauricio Pochettino jest niepokonany, zapewnił sobie pierwsze miejsce w grupie H.

 

 

Po drodze wywiózł punkt z Santiago Bernabeu (1:1), na Wembley ograł "Królewskich" 3:1, a wcześniej w takich samych proporcjach pokonał Borussię. Nie pozwolił sobie na wpadkę z APOEL-em, wywożąc z Cypru pewne 3:0. A wszystko to w stylu, który nie pozwala mówić o przypadku. 


Gwiazdy domowej roboty


Londyńczycy potrafią bronić i błyskawicznie kontratakować, w ofensywie potrafili imponować nieszablonowymi zagraniami, tempem, które wprawiało w konsternację defensorów rywali. Mauricio Pochettino łączy fizyczną siłę z polotem i techniką, szybkość z cierpliwością, fantazję z konsekwencją. I ma w swojej talii wiele atutów.
Hugo Llorisa, który błyszczał w pojedynkach z "Królewskimi". Kilka jego interwencji było wręcz nieprawdopodobnych, jak choćby ta, w której powstrzymał Karima Benzemę.

 

 

Środkowych obrońców, którzy tworzą jeden z najciekawszych bloków defensywnych w Europie. Wysuniętych bocznych obrońców, dynamicznych, podłączających się praktycznie do każdej ofensywnej akcji. Jak Kieran Trippier, z którym na Wembley nie mógł poradzić sobie Marcelo.

 

Pomoc, odpowiada za rozegranie, ale nie boi się ubrudzić rąk przy twardej fizycznej walce. I gwiazdy, które praktycznie już weszły na najwyższy światowy poziom właśnie pod okiem argentyńskiego menedżera.
Dele Alli wrócił po zawieszeniu za czerwoną kartkę z ubiegłego sezonu dopiero na mecz z Realem. Sam mówił o tym, że odliczał dni do tej daty. A kiedy nastąpił wielki dzień, znalazł się na ustach całego piłkarskiego świata, dwa razy pokonując Keylora Navasa na oczach 90 tysięcy ludzi na Wembley i milionów przed telewizorami. 
Pięć lat temu debiutował w trzecioligowym zespole MK Dons. Potem w ekspresowym tempie najpierw zdobył Premier League, stał się ważnym ogniwem reprezentacji Anglii, a teraz trafiał w starciu z drużyną absolutnej światowej czołówki. 21 lat, zupełnie niezwykła jak na Anglika charakterystyka, bezczelność, której wielcy piłkarze potrzebują.
Harry Kane potwierdził, że w tym momencie można stawiać go na podium najlepszych środkowych napastników globu. Duńczyk Christian Eriksen potrafi jednym zagraniem odmienić losy meczu, jest rozgrywającym najwyższej klasy.


A do tego dochodzi jeszcze kilku piłkarzy, którzy idealnie uzupełniają mechanizm zbudowany przez trenera, którego notowania cały czas rosną. Trwają spekulacje, że po sezonie będzie chciało go u siebie PSG, wcześniej pojawiał się temat Manchesteru United. Argentyńczyk jest jednak w miejscu, w którym chciał być.


Niezwykła metamorfoza


Od 2014 roku, kiedy pojawił się na White Hart Lane, zespół zrobił nie jeden, a kilka kroków do przodu. Wcześniej były przebłyski, świetne zwycięstwa przeplatane wpadkami, próby zakotwiczenia na stałe w czołowej czwórce Premier League, która gwarantuje grę w Lidze Mistrzów. Dwa ostatnie lata stały pod znakiem walki o mistrzowski tytuł, rozsądnych ruchów na rynku transferowym, budowania zespołu, który będzie mógł rzucić wyzwanie każdemu - twardo stojącego na nogach, dbającego o finanse, kreującego gwiazdy, które nie będą myśleć o klubie jak o trampolinie do prawdziwego giganta.

 

 

Budowa nowego stadionu to kolejny ruch, który ma przypieczętować dołączenie do wąskiej elity angielskiej piłki. Ta droga trwa, zdarzają się na niej zakręcy i wyboje, ale w tym momencie raczej nie ma kibiców, którzy patrzyliby na wszystko inaczej niż z optymizmem. To kolejny znak, że obrany kierunek jest słuszny.

Fani Spurs to specyficzna grupa, w pewien sposób naznaczona traumą. Przywykła do tego, że jeśli coś może pójść źle, to właśnie tak się stanie. Pogodzona z tym, że największe gwiazdy są w zespole tymczasowo. Za wielkie pieniądze odchodzili w końcu Berbatow, Modrić czy Bale. Tottenham zarabiał, ale musiał nieustannie szukać następców czołowych piłkarzy.

To, że w ogóle trafili na White Hart Lane, było sukcesem. To, że nie udało się ich zatrzymać, naturalną koleją rzeczy. Tendencja jednak się zmienia.

Tottenham to przykład tego, że w piłce kilka lat może dzielić od siebie dwie całkiem różne epoki. Jeśli można mówić o piłkarskim DNA, to w tym przypadku było w nie wpisane kilka skaz. Nie istaniała przewaga, której "dawny" zespół nie był w stanie roztrwonić.

W jednej chwili trybuny krzyczały ze szczęścia, kilka minut później uświadamiały sobie, że znów dały się ponieść emocjom. Dostawali widowiska, w których sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. Ta pasja była naznaczona niepewnością, nieustannym drżeniem o to, co może się wydarzyć. Trudna miłość, będąca wyzwaniem. Ale wszystkie te elementy zaowocował specyficznym charakterem, który ma kibicowanie londyńczykom.

 

Będący częstym obiektem żartów Tottenham w tym momencie nie budzi już rozbawienia potęg, a dla przynajmniej kilku z nich pod wieloma względami może uchodzić za wzór. Prezes Daniel Levy, świetny biznesmen i twardy gracz na transferowym rynku, stoi murem za menedżerem. I choć pieniądze, na które mogą liczyć największe gwiazdy, wciąż nie są na poziomie największych klubów w Anglii, nie zanosi się na żadnego rodzaju exodus zawodników.


Chłopak z podwórka


Harry Kane, najważniejsza postać tej drużyny, deklaruje jasno, że jego celem jest spędzenie tu całej kariery, poprowadzenie drużyny do sukcesu i zostanie legendą. Jego historia to w pewnym sensie historia Tottenhamu z ostatniego czasu, esencja zmagań klubu w pigułce. Nieustanne udowadnianie wszystkim, że są w błedzie. Walka z opiniami ekspertów i innych kibiców, patrzących na wszystko z przymrużeniem oka.

 

 

Miał być zawodnikiem jednego sezonu. Kiedy w kolejnym przebił swoje osiągnięcia i został królem strzelców Premier League, trzeba było wymyślić coś innego. Zawodnik dwóch sezonów? Nic z tego.
"Nie ma trofeów", "nie strzela gigantom", "poprawia wynik rzutami karnymi", "wbija piłkę do siatki z najbliższej odległości". I tak dalej. Kane rozprawił się z każdym z tych zarzutów oprócz pierwszego. Ale wierzy, że to także nastąpi. 
To nie typ gwiazdy, która potrzebuje do życia splendoru i blasku fleszy. Jego żoną jest miłość ze szkoły, razem wychowują córeczkę, unikają rozgłosu (o ile to w ogóle możliwe). Na pewno jednak omijają go skandale. W obecnych czasa taki gracz to prawdziwy skarb.


W jego przypadku znacznie łatwiej niż zdjęcie z imprezy znaleźć takie, na których udziela się społecznie. Na przykład spędza czas z dziećmi z hospicjum w Londynie.
I, zaznaczmy - za snajpera, który od kilku sezonów strzela kilkadziesiąt bramek w sezonie, nie trzeba było zapłacić nawet funta. 


Inna droga do celu


Pieniądze to zresztą bardzo ważny aspekt w tej układance. W ostatnich zestawieniach najbardziej wartościowych zespołów świata Spurs są na drugiej pozycji, przekraczając miliard funtów. Wyprzedza ich jedynie Manchester City, ale wystarczy rzucić okiem na ostatnie transferowe okienka, żeby zrozumieć, jak wiele dzieli te zespoły pod względem wizji budowy drużyny.


Z obecnego składu najwięcej trzeba było zapłacić za Davinsona Sancheza, 21-latka z Ajaksu Amsterdam. 40 milionów euro to pokaźna kwota, ale patrząc na jego grę można powiedzieć bez żadnego ryzyka, że był to świetny interes. Kolumbijczyk od razu wskoczył do składu, jest jednym z najsilniejszych ogniw u Mauricio Pochettino. Mówiono o tym, że zdecydował się na transfer do północnego Londynu, odrzucając ofertę Barcelony. Grę w Ajaksie ma za sobą trzech innych kluczowych piłkarzy - Christian Eriksen, Jan Vertonghen i Toby Alderweireld.

 

 

Wartość każdego z nich wzrosła od momentu transferu kilkukrotnie. I to właśnie wprowadzanie piłkarzy na wyższy poziom stało się wizytówką klubu. Harry Winks powoli był wprowadzany do zespołu, w obecnym sezonie widać wyraźnie, że zapracował na to, by funkcjonować w planach Pochettino. Ma już za sobą debiut w dorosłej kadrze (w sumie takich piłkarzy jest w tym zespole aż sześciu), wciąż będzie się rozwijał.

Swoją markę wyrobili tu Danny Rose, Ben Davies czy Kieran Trippier, który walczy o miejsce w reprezentacji Anglii ze sprzedanym za 50 milionów euro. Sprowadzony w jego miejsce Trippier kosztował dziesięć razy mniej. Jakość została jednak zachowana. Do tego na prawego obrońcę presję wywiera Serge Aurier, niechciany w PSG, sprawiający sporo problemów. Jak na razie w tym aspekcie nie ma do niego żadnych zastrzeżeń.

Prezes Spurs potrafi robić kapitalne interesy. W tym okienku transferowym sprzedał do Stoke Kevina Wimmera za blisko 20 milionów euro. Dwa lata wcześniej zapłacił za Austriaka trzy razy mniej. I choć stoper nie sprawdził się na White Hart Lane, udało się dobić korzystnego targu.

To tylko przykład, ale może powiedzieć więcej niż rekordowy transfer Garetha Bale'a do Realu Madryt. Sygnał jest czytelny - Levy liczy się z pieniędzmi, ma swoją wizję, a pod sukces chce zbudować podwaliny, które nie będą wiązały się z szalonymi wydatkami. Inna droga, której wielu może pozazdrościć.

I choć zdarzają się wpadki, jak choćby wyłożenie ogromnych pieniędzy na nieprzekonującego Moussę Sissoko, to bilans praktycznie w każdym transferowym okienku wychodzi na plus. Nie tylko na wykresach działu księgowości, ale na boisku.

Gdzie jest granica?

Oczywiście obrazek nigdy nie jest idealny, pewne rysy się znajdą. W sobotę Tottenham przegrał wyjazdowe spotkanie z największym rywalem w Derbach Północnego Londynu. Arsenal rozegrał najlepszy mecz w tym sezonie, Spurs jedno z najsłabszych. 0:2 było najmniejszym wymiarem kary, a Pochettino mógł mieć pretensje do swoich zawodników. Delegacje z czołowymi zespołami pokazują, że jeśli chodzi o słynną "mentalność zwycięzców", jest jeszcze dużo do zrobienia. A jeśli chodzi o "Kanonierów", to nawet wygrana z Borussią nie pozwoli szybko zapomnieć o traumatycznej sobocie.

 

Największe gwiazdy Tottenhamu mogłyby liczyć na kilkukrotnie większe zarobki w bogatszych klubach. Levy unika kominów płacowych, a wyższe kontrakty pojawią się prawdopodobnie wraz z przenosinami na nowy, większy stadion. To może rodzić frustrację, jednak póki co nad potencjalnym pożarem udaje się zapanować. 

 

Do końca sezonu trzeba będzie łączyć grę na kilku frontach, a nie można mówić o przesadnej głębi składu. Choć w ostatnich latach nie było poważnego kryzysu, słabsze momenty nastąpią. Tottenham po cichu marzy o mistrzostwie Anglii, jednak przede wszystkim musi skupić się na tym, by nie wypaść z czołowej czwórki. Brak Ligi Mistrzów pociągnąłby za sobą duże konsekwencje, bo właśnie gra w europejskiej elicie, która w tym sezonie idzie wybornie, jest w stanie w pewnym stopniu wynagrodzić zawodnikom to, że ich kontrakty nie są do końca takie, na jakie zasługują.

 

Tottenham przebył długą drogę, ale każdy zdaje sobie sprawę z tego, że ten proces wcale się nie skończył. Liga Mistrzów to dla zawodników spełnienie marzeń. Pierwsza przeszkoda została pokonana w kapitalnym stylu, ale następne losowanie znów może okazać się bezlitosne. W ubiegłym roku kibice zachwycali się Monaco, teraz to Spurs wyrastają na zespół, w którym można upatrywać czarnego konia rozgrywek. Jak odnajdą się w tej roli?

 

 

Źródło: polskieradio.pl

2 komentarze ODŚWIEŻ

tomasz87
22 listopada 2017, 22:33
To jak Argentyńczyk wyciąga wnioski z porażek jest imponujące. Możemy przegrać mecz. Możemy przegrać i dwa spotkania pod rząd. Jednocześnie, mimo tego, jak brzmi to trywialnie, widać, że z każdej porażki potrafi wyciągnać wnioski i ma to przełożenie na przyszłość. Pierwszy przykład z brzegu? Newcastle 5-1. Ostatnia końcówka sezonu byla jednak zupełnie inna. Kane, Eriksen, Alli, ale i Son to klasa sama w sobie. Oni będą tylko lepsi. Jednak to co Pochettino wyciska z obronców to coś fenomenalnego. Ktoś dalej tęskni za Walkerem? Stabilizacja zaczyna się od obrony. A ta, przy tym trenerze, wygląda wspanialne. Dier? Ciekawy początek, debiut z WHU i bramką, to samo i kolejne spotkanie (z góry przepraszam, nie pamiętam z kim), ale później? Portugalski szrot, którego nie chciał Sporting - bazując na forum. Teraz? Troche na wyrost (póki co), ale kapitan reprezentacji. Vertonghen? Niby obiecujący, niby było ok, ale i wiele osób chętnie (w czasach AVB/gra na boku) pogoniłoby go z powrotem do Ajaxu. Alderweireld? Atletico szczególnie po nim nie płakało. Pewnej części ciała to nie urywało. Pod okiem Pochettino wielu może marzyć o takich piłkarzach. Przyszłość nie jest mglista. Akademia może dać perełkę, Sanchez (w ankiecie oznaczyłem jako najlepszy transfer, dalej tak uważam) chwilami denerwuje, ale ma mimo wszystko dobry start, Foyth pod okiem rodaka, także budzi wiarę w życie po Belgach. Co do szerokiej ławki, tutaj nie do końca się zgadzam. Ta ławka jest taka, jakie są nasze możlwości finansowe. Nie będziemy w stanie wystawić dwóch równorzędnych jedynastek, co może czynić chociażby MC. Na to, najzwyczajniej w świecie, nie stać Tottenhamu. Bywało jednak o wiele, wiele gorzej w przeszłości. Llorente, Aurier, Son, Rose, Vorm, Lamela, Wanyama, Winks (bazując na podstawie ze spotkania z Arsenalem). Ławka na upartego mogłaby być (a po częsci i jest) pierwszym składem. To nie są "tacy sobie" zawodnicy, każdy jeden z nich może dać tej drużynie coś ekstra. Kontuzje? Tak feralnie wyszło, to nie trwa wiecznie. Im dłużej trenerem będzie Pochettino, i im dłużej utrzymamy rozsądną politykę ukierunkowaną na "budżet musi się zgadzać" tym bliżej będziemy czołówki, i możemy mieć jeszcze więcej radości. Ten sezon nie będziemy jeszcze takim, w którym oczarujemy cały świat. Może być jednak takim, gdzie wyraźnie zaznaczymy swoją STAŁĄ obecność w Europie. Nakreślimy coś, co dopiero nadejdzie. I skończą się głupie żarty. Co do samej Ligi Mistrzów, liczę tylko na jedno - nie trafić na Juventus. W lutym Włosi będą na pewno inną drużyną, i mogłoby to być przykre zderzenie.
2
_jaroszy
22 listopada 2017, 16:59
Niech ten projekt trwa jak najdłużej się da . Ta drużyna z tym trenerem ma przed sobą do osiągnięcia wiele . Wciąż jesteśmy bardzo młodą drużyną i mamy młodego trenera . Nawet jeśli co sezon będziemy kogoś ważnego sprzedawać to nie znaczy że stracimy na jakości , bo do tej pory w okienkach transferowych na transferach byliśmy zwykle in + a poziom drużyny nie spadał ..W najgorszym przypadku niewiele więcej wydawaliśmy niż zyskiwaliśmy . Mam nadzieję że będziemy w stanie dalej tak mądrze prowadzić tą drużynę i jeszcze będziemy mieli wiele powodów do radości . Co do Harry'ego Kane'a to mam nadzieję że będzie on legendą klubu tak jak to było z Ledley'em Kingiem , tylko żeby kontuzję się go tak nie czepiały jak Ledleya :) . Swoją drogą King to był swego czasu nasz talizman , genialny obrońca .
1

forum dyskusyjne

tabela ligowa

poprzedni mecz następny mecz

kontuzje / pauza

ankieta

zdjęcie tygodia

statystyki

reklama

Zaloguj się

Zapamiętaj mnie Zapomniałeś hasło?

Zarejestruj się