Szyfrem? To może od razu wzorami? To odpowiadam w konwencji: nie, nie gram w Wild Gunsy. A poważniej: powiększa się po prostu tylko wrażenie narastającego rozwarstwieniem pomiędzy wirtualną wizją klubu, jaką sobie tu czasem obrabiamy na takim stoliku do formowania ceramiki glinianej. I z drugiej strony tym realnym organizmem klubowym i całą otaczającą go kulturą, jakie gdzieś tam za Kanałem istnieją. Stalowa brama na Nicholson Way, przy której kibice robią sobie zdjęcia. Skoro ona istnieje, to można wnosić, że klub chyba także. A jeśli tak, to są to dwa inne światy. I to coraz bardziej odległe. Oczywiście głupio tak psuć komuś zabawę przy klawiaturze, jeśli to tylko zabawa.
Ostatnio na przykład: styl tych publikacji o imprezach. Ale przecież sprawa sięga nawet tego nieszczęsnego transferu Keano. Ja zupełnie rozumiem, że dla wielu może, pozostanie on już na zawsze kompletną szmatą (takie określenie też padało na tych stronach). Każdy ma prawo do swojej ostatecznej oceny. Ale gdy w jakiejś dyskusji, tylko wspomniano o tym, jak na tę decyzję o przejściu do LFC mogło (tylko mogło!) wpłynąć jego miejsce zamieszkania i wychowania, to zostało to zignorowane w sposób, jakby ten aspekt w ogóle nie istniał. Podobnie gdy mowa o jego wizytach w barach. Usłyszałem nawet w odpowiedzi: "g" mnie obchodzi gdzie się urodził... Kiedy właśnie to miejsce urodzenia, jak nic innego, najlepiej wyjaśnia nieraz całe sprawy i motywacje. Wcale nie usprawiedliwia, jeśli chcesz, ale wyjaśnia. Bo cała dyskusja zaczyna wyglądać tak, jakby on był naszym rodakiem, sąsiadem z dzielnicy, którego zwyczaje tak dobrze znamy, a uosabiającym to, co sami wiemy o własnych słabościach i mentalności. Czyli już wszystko wiemy.
Wspomniane urodzenie, to przecież w domyśle narodowość, kultura, wychowanie, styl życia, styl picia i to komu się kibicuje oraz przede wszystkim jak bardzo się to przenika z codziennym życiem. Miejsce urodzenia to tylko hasło, za którym idzie cała reszta spraw. Trzeba to też wszystko wziąć pod uwagę, aby uczciwie i z pełnym spokojem móc zakwalifikować Keano jako szmatę. Ktoś nawet bezpretensjonalnie i zapewne z dobrą intencją zapytał czy nie mogli zrobić tej flaszki cicho w domu, aby żadne informacje nie przeciekły do prasy? Kiedy właśnie nie mogli, bo nie o zrobienie żadnej flaszki chodzi, tylko o ubranie się wyjściowo i walenie do baru, do ludzi. Albo jak się także okazuje: o przebranie. A ten wspomniany LFC jest tam jednak z niczym innym nieporównywalny. To nie był zwykły transfer, co jak mówię, nie musi zmieniać tej czy innej finałowej oceny zawodnika. Ale czy naprawdę wierzymy, że przed Świętami nie widziano ich jeszcze w innych barach, tylko, że w gazetach nic nie było?
Powiedzmy, że można nie widzieć, bo ja wiem, specjalnej różnicy między Warmią a Mazurami, ignorować Przemszę czy upierać się, że Gorzów jest cały Wielkopolski. Można też wzruszać ramionami na różnice pomiędzy whisky i whiskey, sprowadzając wszystko do ortografii. Wszystko to oczywiście można, ale czy wtedy rozmawiamy jeszcze o tym samym prawdziwym przedmiocie naszego, dajmy na to, kibicowania czy tylko tym wirtualnym, z sieci. Tak, to jest tylko jeden, malutki i być może śmieszny aspekt całej sprawy. Ale jak się go nie bierze pod uwagę, to cała rzecz zaczyna wyglądać tak nienaturalnie, jakbyśmy rzeczywiście rozmawiali o jakimś tekturowym Tottenhamie z bajki animowanej, a nie realnym bycie. Akurat się nawinąłeś i teraz wygląda, że się akurat Ciebie czepiam. A nawet w Wild Guns nie gram.
I wskoczyłem do tego tematu o prawdziwym, wielkim Tottenhamie. A teraz już oczywiście od niego odbiegłem. Kiedyś, gdy w którymś z poprzednich okien transferowych, po wysłuchaniu całego tego kilkutygodniowego przekrzykiwania na forum, kogo to byśmy nie mieli wyciągnąć i za jakie to niby frajerskie pieniądze, zapytałem Cię wprost: to ostatecznie kogo? Tak z nazwiska. Ale bez wymyślania kogo to my byśmy... Realniej, to znaczy tak, jakbyś miał jutro brać z Prezesem walizę z kasą i lecieć podpisać umowę, tylko, że z kimś takim, kto chce i może tu grać, i sto jeszcze innych warunków. Już dobrze nie pamiętam, ale czy wtedy nie padło z Twojej strony jakieś takie bliższe gruntu i wcale nie spektakularne nazwisko dobrego sobie zawodnika, o którym większość, ze mną w roli głównej, nigdy może nie słyszała? Ależ pewnie tak. I było to nazwisko pewnie, aż zbyt realne, zbyt niechciane i jeszcze wcale nie darmowe. Takie na którego dźwięk większość pogardliwie macha ręką: eee tam! Ale być może prawdziwe. No i sam widzisz, jednak zepsułem. Już po zabawie. A okno ledwo otwarte
Szyfrem? To może od razu wzorami? To odpowiadam w konwencji: nie, nie gram w Wild Gunsy. A poważniej: powiększa się po prostu tylko wrażenie narastającego rozwarstwieniem pomiędzy wirtualną wizją klubu, jaką sobie tu czasem obrabiamy na takim stoliku do formowania ceramiki glinianej. I z drugiej strony tym realnym organizmem klubowym i całą otaczającą go kulturą, jakie gdzieś tam za Kanałem istnieją. Stalowa brama na Nicholson Way, przy której kibice robią sobie zdjęcia. Skoro ona istnieje, to można wnosić, że klub chyba także. A jeśli tak, to są to dwa inne światy. I to coraz bardziej odległe. Oczywiście głupio tak psuć komuś zabawę przy klawiaturze, jeśli to tylko zabawa.
Ostatnio na przykład: styl tych publikacji o imprezach. Ale przecież sprawa sięga nawet tego nieszczęsnego transferu Keano. Ja zupełnie rozumiem, że dla wielu może, pozostanie on już na zawsze kompletną szmatą (takie określenie też padało na tych stronach). Każdy ma prawo do swojej ostatecznej oceny. Ale gdy w jakiejś dyskusji, tylko wspomniano o tym, jak na tę decyzję o przejściu do LFC mogło (tylko mogło!) wpłynąć jego miejsce zamieszkania i wychowania, to zostało to zignorowane w sposób, jakby ten aspekt w ogóle nie istniał. Podobnie gdy mowa o jego wizytach w barach. Usłyszałem nawet w odpowiedzi: "g" mnie obchodzi gdzie się urodził... Kiedy właśnie to miejsce urodzenia, jak nic innego, najlepiej wyjaśnia nieraz całe sprawy i motywacje. Wcale nie usprawiedliwia, jeśli chcesz, ale wyjaśnia. Bo cała dyskusja zaczyna wyglądać tak, jakby on był naszym rodakiem, sąsiadem z dzielnicy, którego zwyczaje tak dobrze znamy, a uosabiającym to, co sami wiemy o własnych słabościach i mentalności. Czyli już wszystko wiemy.
Wspomniane urodzenie, to przecież w domyśle narodowość, kultura, wychowanie, styl życia, styl picia i to komu się kibicuje oraz przede wszystkim jak bardzo się to przenika z codziennym życiem. Miejsce urodzenia to tylko hasło, za którym idzie cała reszta spraw. Trzeba to też wszystko wziąć pod uwagę, aby uczciwie i z pełnym spokojem móc zakwalifikować Keano jako szmatę. Ktoś nawet bezpretensjonalnie i zapewne z dobrą intencją zapytał czy nie mogli zrobić tej flaszki cicho w domu, aby żadne informacje nie przeciekły do prasy? Kiedy właśnie nie mogli, bo nie o zrobienie żadnej flaszki chodzi, tylko o ubranie się wyjściowo i walenie do baru, do ludzi. Albo jak się także okazuje: o przebranie. A ten wspomniany LFC jest tam jednak z niczym innym nieporównywalny. To nie był zwykły transfer, co jak mówię, nie musi zmieniać tej czy innej finałowej oceny zawodnika. Ale czy naprawdę wierzymy, że przed Świętami nie widziano ich jeszcze w innych barach, tylko, że w gazetach nic nie było?
Powiedzmy, że można nie widzieć, bo ja wiem, specjalnej różnicy między Warmią a Mazurami, ignorować Przemszę czy upierać się, że Gorzów jest cały Wielkopolski. Można też wzruszać ramionami na różnice pomiędzy whisky i whiskey, sprowadzając wszystko do ortografii. Wszystko to oczywiście można, ale czy wtedy rozmawiamy jeszcze o tym samym prawdziwym przedmiocie naszego, dajmy na to, kibicowania czy tylko tym wirtualnym, z sieci. Tak, to jest tylko jeden, malutki i być może śmieszny aspekt całej sprawy. Ale jak się go nie bierze pod uwagę, to cała rzecz zaczyna wyglądać tak nienaturalnie, jakbyśmy rzeczywiście rozmawiali o jakimś tekturowym Tottenhamie z bajki animowanej, a nie realnym bycie. Akurat się nawinąłeś i teraz wygląda, że się akurat Ciebie czepiam. A nawet w Wild Guns nie gram.
I wskoczyłem do tego tematu o prawdziwym, wielkim Tottenhamie. A teraz już oczywiście od niego odbiegłem. Kiedyś, gdy w którymś z poprzednich okien transferowych, po wysłuchaniu całego tego kilkutygodniowego przekrzykiwania na forum, kogo to byśmy nie mieli wyciągnąć i za jakie to niby frajerskie pieniądze, zapytałem Cię wprost: to ostatecznie kogo? Tak z nazwiska. Ale bez wymyślania kogo to my byśmy... Realniej, to znaczy tak, jakbyś miał jutro brać z Prezesem walizę z kasą i lecieć podpisać umowę, tylko, że z kimś takim, kto chce i może tu grać, i sto jeszcze innych warunków. Już dobrze nie pamiętam, ale czy wtedy nie padło z Twojej strony jakieś takie bliższe gruntu i wcale nie spektakularne nazwisko dobrego sobie zawodnika, o którym większość, ze mną w roli głównej, nigdy może nie słyszała? Ależ pewnie tak. I było to nazwisko pewnie, aż zbyt realne, zbyt niechciane i jeszcze wcale nie darmowe. Takie na którego dźwięk większość pogardliwie macha ręką: eee tam! Ale być może prawdziwe. No i sam widzisz, jednak zepsułem. Już po zabawie. A okno ledwo otwarte.