Za In Flames nie trafisz, a gusta są różne i trafić do każdego może zupełnie inna płyta. Może po krótce opiszę Ci te najbardziej przemawiające do mnie, będzie Ci łatwiej wybrać. Podobno najbardziej przełomowym krążkiem w historii całego melodyjnego death metalu był "Clayman" z 2000 roku. Faktycznie, płyta jest wyrąbana w kosmos. Tu po raz pierwszy słyszysz to faktycznie nawiązanie przez Płomyki do melodeath. Wcześniejsze płyty to był typowy death, z bardzo mocnym growlem (który z biegiem lat staje się nie tyle słabszy, co bardziej piskliwy, takie dziwne screamo, ale równie przyjemne dla ucha). Tam masz sporą część piosenek, które są znakami rozpoznawczymi In Flames: tytułowego Claymana, Bullet Ride, Pinball Map, Satellites and Astronauts oraz wykurwiste, powtarzam wykurwiste (szczególnie na koncertach: występu w Warszawie nie zapomnę to końca życia :D) Only For The Weak. http://www.youtube.com/watch?v=b3sOPS7fO2s Może jakość nienajlepsza, ale daje się odczuć to, co działo się w Progresji. A warto dodać, że w Wawie In Flames grało bez Jespera Strombalda, a brak jednej gitary (normalnie przecież jest to jak odcięcie ptakowi jednego skrzydła) był praktycznie niesłyszalny.Następny był "Reroute to Remain". Jedni się nim zachwycają, inni mówią, że jest o niebo (piekło?) gorszy od "Claymana". Ja się chyba zapisuję do tych drugich. Nie żebym miał coś przeciwko tej płycie, ale specjalnie nie porywa. No, może tylko kawałek Black and white, ale jego akurat mało kto słucha i Cloud Connected, również jeden z większych przebojów. Potem przyszedł "Soundtrack to Your Escape", powrót do melodyjności "Claymana", czyli zwyczajnie krążek z kolejnymi hiciorami: The Quiet Place, Dead Alone, Touch of Red, My Sweet Shadow (w Progresji prawie zrobiłem w gacie jak to zagrali) czy Evil in a Closet. Tu też naprawdę jest z czego wybierać. W 2006 roku było "Come Clarity". Tu również godna polecenia jest tytułowa piosenka. Mnie solo Bjorna Gelotte zwyczajnie rozwala. Jest stosunkowo krótkie, ale kurwa, zagrane z taką pasją, że ja pierdole... No i oczywiście Take This Life, ale to jest numero uno dla tych, którzy chcą In Flames poznać. I dochodzimy do najbardziej kontrowersyjnej płyty, "A Sense of Purpose". Żeby nie przedłużać i tak już skomplikowanego wywodu tu masz moje zdanie o płycie: http://duzeka.pl/?dzial=muzyka&id=recenzje&dalej=1&data=1207764432 Jeśli interesuje Cię bardziej deathowa strona In Flames zacznij od "Whoracle" z 1997 roku. Tam też masz kilka fajnych, i do tej pory granych na koncertach utworów. Przede wszystkim cover piosenki Depeche Mode "Everything Counts". Jeśli mam być szczery, to faktycznie, In Flames jest jednym z najlepszych przedstawicieli gatunku. Niezły jest jeszcze Norther (choć teraz zmienił wokalistę, a ten nowy zupełnie dla mnie do nich nie pasuje) i stare Children of Bodom (choć nowa płyta z coverami poprawia mi humor). Dlatego trudno mi jednoznacznie określić od czego przygodę z In Flames zacząć. Podsumujmy: fajny melodeath w początkowym stadium - "Clayman". "A Sense of Purpose" jest w mojej opinii udanym eksperymentem, który zahacza (jak to dziwnie zabrzmi) o rock, ale właśnie z tymi melodeathowymi wstawkami. Gdzieś pomiędzy masz ostre "Come Clarity" i "Soundtrack To Your Escape". Wg mnie zacznij do "Claymana", ale wybór należy do Ciebie. Mam nadzieję, że choć trochę go ułatwiłem ;)
Za In Flames nie trafisz, a gusta są różne i trafić do każdego może zupełnie inna płyta. Może po krótce opiszę Ci te najbardziej przemawiające do mnie, będzie Ci łatwiej wybrać. Podobno najbardziej przełomowym krążkiem w historii całego melodyjnego death metalu był "Clayman" z 2000 roku. Faktycznie, płyta jest wyrąbana w kosmos. Tu po raz pierwszy słyszysz to faktycznie nawiązanie przez Płomyki do melodeath. Wcześniejsze płyty to był typowy death, z bardzo mocnym growlem (który z biegiem lat staje się nie tyle słabszy, co bardziej piskliwy, takie dziwne screamo, ale równie przyjemne dla ucha). Tam masz sporą część piosenek, które są znakami rozpoznawczymi In Flames: tytułowego Claymana, Bullet Ride, Pinball Map, Satellites and Astronauts oraz wykurwiste, powtarzam wykurwiste (szczególnie na koncertach: występu w Warszawie nie zapomnę to końca życia

) Only For The Weak.
http://www.youtube.com/watch?v=b3sOPS7fO2s Może jakość nienajlepsza, ale daje się odczuć to, co działo się w Progresji. A warto dodać, że w Wawie In Flames grało bez Jespera Strombalda, a brak jednej gitary (normalnie przecież jest to jak odcięcie ptakowi jednego skrzydła) był praktycznie niesłyszalny.Następny był "Reroute to Remain". Jedni się nim zachwycają, inni mówią, że jest o niebo (piekło?) gorszy od "Claymana". Ja się chyba zapisuję do tych drugich. Nie żebym miał coś przeciwko tej płycie, ale specjalnie nie porywa. No, może tylko kawałek Black and white, ale jego akurat mało kto słucha i Cloud Connected, również jeden z większych przebojów. Potem przyszedł "Soundtrack to Your Escape", powrót do melodyjności "Claymana", czyli zwyczajnie krążek z kolejnymi hiciorami: The Quiet Place, Dead Alone, Touch of Red, My Sweet Shadow (w Progresji prawie zrobiłem w gacie jak to zagrali) czy Evil in a Closet. Tu też naprawdę jest z czego wybierać. W 2006 roku było "Come Clarity". Tu również godna polecenia jest tytułowa piosenka. Mnie solo Bjorna Gelotte zwyczajnie rozwala. Jest stosunkowo krótkie, ale kurwa, zagrane z taką pasją, że ja pierdole... No i oczywiście Take This Life, ale to jest numero uno dla tych, którzy chcą In Flames poznać. I dochodzimy do najbardziej kontrowersyjnej płyty, "A Sense of Purpose". Żeby nie przedłużać i tak już skomplikowanego wywodu tu masz moje zdanie o płycie:
http://duzeka.pl/?dzial=muzyka&id=recenzje&dalej=1&data=1207764432 Jeśli interesuje Cię bardziej deathowa strona In Flames zacznij od "Whoracle" z 1997 roku. Tam też masz kilka fajnych, i do tej pory granych na koncertach utworów. Przede wszystkim cover piosenki Depeche Mode "Everything Counts". Jeśli mam być szczery, to faktycznie, In Flames jest jednym z najlepszych przedstawicieli gatunku. Niezły jest jeszcze Norther (choć teraz zmienił wokalistę, a ten nowy zupełnie dla mnie do nich nie pasuje) i stare Children of Bodom (choć nowa płyta z coverami poprawia mi humor). Dlatego trudno mi jednoznacznie określić od czego przygodę z In Flames zacząć. Podsumujmy: fajny melodeath w początkowym stadium - "Clayman". "A Sense of Purpose" jest w mojej opinii udanym eksperymentem, który zahacza (jak to dziwnie zabrzmi) o rock, ale właśnie z tymi melodeathowymi wstawkami. Gdzieś pomiędzy masz ostre "Come Clarity" i "Soundtrack To Your Escape". Wg mnie zacznij do "Claymana", ale wybór należy do Ciebie. Mam nadzieję, że choć trochę go ułatwiłem
